wieści z obczyzny >>piątek, 24 marca 2006


Jak ten czas leci. Ani się człowiek obejrzał, a to już wiosna. Błyskawicznie przyszła, nawet nie zauważyłam, kiedy. Łatwo ją zresztą było przeoczyć w tych tabunach śniegu.

Zima najgorsza w tym dziesięcioleciu, a mi się zachciało północnego-wschodu. W połowie marca w Rydze ludzie na skróty chodzą po skutej lodem rzece, blisko dwustumetrowej szerokości. Kowno zasypane śniegiem, Wilno zalane błotem. Welcome to the East. I na co się zdało to palenie ichniejszej Marzanny jeszcze w lutym?

Oczywiście, nieboska temperatura nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla nieproduktywnego nieróbstwa. Kowno jest wszak drugim co do wielkości miastem w kraju i bez poblemów można tu sobie zapewnić odpowiednie rozrywki na długie a zimne wieczory.

Ostatnio dużo czytam.

Dużo piję. Dużo filmów oglądam. Dużo się z sąsiadami nielubię. Dużo myślę. Dużo pieniędzy wydaję. Dużo zdjęć robię. Dużo sprzątam. Podłogi myję.

Czas radośnie płynie na rosyjskich filmach i litewskim piwie, marki Svyturys Gintarys, w tradycyjnej szklanej butelce 0,5 litra, bo mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie przełamać niechęci do butelek plastikowych, bardziej ekonomicznych, ale budzących niejasne a nieprzyjemne skojarzenia. Wczoraj piwo sprzedał mi kasjer imieniem Kiejstut, po litewsku prosi o dowód, dokumentas, macham mu przed oczami Rzeczpospolitą Polską, i pytam czy mogę zapłacić kartą. Laura, nasz przewodnik wśród odmentów czyli nauczycielka litewskiego, nauczyła nas tego niezbędnego do przetrwania zdania już po tym, jak zdążyłam pomachać kartą kredytową przed oczami każdego kasjera w tym mieście. No ale lepiej późno niż wcale. Kocham te ich niewyraźne spojrzenia na widok polskiego MultiBanku, te znaki zapytania malujące się na ich twarzach i to uniwersalne pytanie, dające się odczytać telepatycznie: Ile wyniesie prowizja? Na szczęście, w ostatecznym rozrachunku, kasierzy - i Kiejstut nie był tu wyjątkiem - mają gdzieś prowizje płacone przez szefostwo.

Więc piwo i wspólnota sąsiedzka, alkoholowa i niealkoholowa integracja z Zachodnią Europą i Dalekim Wschodem, od których dzielą mnie ścianki działowe akademika. Zachodnia Europa po prawej, Daleki Wschód po lewej. I filmy, głównie rosyjskie. Nocznoj Dozor na przykład, rosyjska wersja Matrixa z fabułą X-Clampa w scenerii blokowisk Moskwy; science fiction czy fantasy na tle kiepskich samochodów, ciasnych klatek schodowych i farbowanych sztucznych futer. Zachodnioeurpoejska brać, siedząca na łóżku po obu moich stronach, zdaje się, niewiele z filmu pojęła. A szkoda. Ich strata. Kontynuację tegoż, Dniewnoj Dozor, także z lubością obejrzałyśmy, ale już same, skoro sąsiedzi nie docenili pierwszej cześci. Samochody szybują tam niczym w słynnej scenie z Matrixa, z tym, że podrzucane są nie pędem pościgu na autostradzie, a siłą gniewu Ciemnego, machającego zerwaną trakcją trolejbusową. (W Stanach trolejbusów nie mają. Ha.) Było jeszcze Solaris Tarkowskiego, w którym akcja toczy się tak zawrotnie szybko, że nie miałyśmy problemu z symultanicznym tłumaczeniem polskich subtitles na angielski, i Leningrad Cowboys, film którego reżyser wspiął się na wyżyny bezsensu. Znowu tylko my miałyśmy ubaw, bo Belga nie bawiły cytaty z Kapitału i Pięcioksięgu. A może po prostu był mniej pijany. I jeszcze Rieszutu Duona (chleb orzechowy), pierwszy litewski film w moim młodym życiu, smutna historia pewnej krowy, z której na koniec zrobiono całkiem fajne buty (co prawda mój wykładowca przez bite pół godziny namiętnie udowadniał, że film traktował o sile przyjaźni między dwojgiem młodych ludzi, ale jak dla mnie był to całkiem fajny film o krowie). No i Fight Club z Bradem Pittem, nareszcie coś, co podobało się różnym Belgom i Norwegom.

Czasem zastanawiam się, czy tym, co uniemożliwia mi porozumienie z sąsiadami jest zwykły międzykulturowy clash, czy też ich bynajmniej niezwykła głupota. I czy fakt, że z galerii niezłych filmów pojęli tylko Fight Club, świadczy o trudnościach w zrozumieniu innych kultur, czy o trudnościach w czytaniu napisów?


Załóżmy jednak na chwilę, iż jest to clash. Zwykła różnica kultur, różnica mentalności, różnica systemów edukacji. Bo niby jakie mam obiektywne podstawy ku temu, by twierdzić, że to idioci? Czy taki, że po dwóch miesiącach kupowania importowanych produktów, Woulter nie odróżnia czcionki polskiej od rosyjskiej? Nie bądźmy zbyt surowi, wszak cyrylica nieco nawet przypomina alfabet łaciński, a polski napis "keczup" nie jest w stanie powiedzieć mu na temat zawartości słoika więcej niż jego rosyjski odpowiednik. Nic dziwnego, że chłopak się gubi i marudzi, że na opakowaniach nie ma adnotacji po francusku. Czy można zatem za dowód uznać to, że Andreas nie jest w stanie podać nazwy Kościoła, do którego jest zapisany? Wszak to tylko wyraz laicyzacji społeczeństwa. A to, że kraje protestanckie zbudowały na religiach państwowych swoją tożsamość narodową, bynajmniej nie oznacza, że absolwent wyższych studiów w takim kraju musi znać słowo "luteranizm".

Owe drobne różnice w pojmowaniu rzeczywistości ujawniają się przy każdej możliwej okazji. Parę dni po przyjeździe na przykład, Woulter z pełną powagą stwierdził, że "nam" (tj. narodom zacofanym) w pewnym sensie zazdrości, ponieważ trudne warunki życia uczyniły nas bardziej odpornymi fizycznie. (Z niewiadomych przyczyn do takiego wyznania natchnął go widok naszych leków na przeziębienie.) Cóż, jeśli mój druh z Zachodu pod pojęciem odporności fizycznej rozumie umiejętność zrobienia prania, nie sposób nie przyznać mu racji. Po dwóch miesiącach noszenia każdego elementu garderoby do pralni, Woulter zdobył się wreszcie na odwagę i dokonał pierwszego w swoim wyskokstandardowym życiu ręcznego prania skarpetek. Po czym przepełniony dumą ułożył je na dnie wanny, żeby wyschły.

Obserwując zmagania reszty korytarza z praniem, kuchenką, piekarnikiem i obsługą zsypu na śmieci (w tym ostatnim przypadku najbardziej bolą nieszczególnie estetyczne efekty ich porażek), dochodzę do wniosku, że Woulter ma jednak dużo racji. Od jutra zaczynam odprawiać dziękczynne modły za to, że Opatrzność w swej łaskawości pozwoliła mi urodzić się w kraju biednym i zacofanym, którego obywatele nie mają jeszcze w zwyczaju grozić interwencją dyplomatyczną, jeśli na 6 godzin wyłączy się im prąd.

komentarze [5]
_____________________________



>

www.maldoror.pl


dywagacji o przyjaźni ciąg dalszy >>środa, 1 marca 2006


no co? kryzysa miałam. Kryzysa nie widzidzieliście? Wszak mam całą masę obiektywnych powodów do skryzysowania się, wszak odcięto mnie od ziemi ojczystej, od języka przodków, od polskego złotego chleba z polskiej kurwa mać pszenicy tudzież jakiegokolwiek chlebopodobnego pieczywa bez dodatku kminku. Rzucono mnie między obcych, wciśnięto w 15m kwadratowych pomiędzy Belgiem i Alfonsem, rzucono w obcą ziemię, gdzie sprzedają jogurty w foliowych workach, takich jak u nas mleko, a wódkę w kubeczkach, takich jak u nas jogurty.

W tych warunkach każdy miałby prawo do kryzysu, do przejściowej utraty wiary w siebie, we własne siły, we własne IQ i własny przewód pokarmowy (choć raczej należałoby powiedzieć, że to mój przewód pokarmowy utracił wiarę we mnie, bo przez parę dni usilnie starał się wyprowadzić).

Ale, ponieważ nic tak dobrze nie robi na wszelkie nerwowe kryzysy, jak odrobina internetowego eksibicjonizmu, już mi zdecydowanie lepiej. No i przeczytałam parę naprawdę ciepłych słów, od których mi się naprawdę ciepło na sercu zrobiło. Ponieważ były tylko dla mnie, zostały z komentarzy wywalone. Zapamiętałam dobrze, więc nic straconego.


Skoro jednakże jesteśmy już przy temacie przyjaźni, nic nie stoi na przeszkodzie, by dywagacje kontynuować, tym razem w nieco innym kontekście. Rozważmy więc, co dzieje się, kiedy przyjaciele zamiast za daleko, mają do siebie za blisko.


***


Ania: nudzi mi się.
Ja: pogadaj ze mną.

[chwila konsternacji]

Ania: hmph. A jesteś w stanie podać jakikolwiek temat, którego w ciągu tych pięciu lat nie zdążyłyśmy wyczerpać?
Ja: Siedmiu.

[dłuższa chwila konsternacji]

Ania: to może inaczej. Czy w ciągu tych 40 sekund, jakie upłynęły od naszej ostatniej rozmowy, wydarzyło się w twoim życiu coś, o czym chciałabyś porozmawiać?

[kolejna chwila konsternacji, poświęcona na próbę analizy kwestii, co nas podkusiło, żeby przez 3 lata ze sobą mieszkać]

Ja: jak myślisz, jak to możliwe, że ludzie wytrzymują ze sobą po 40 lat?
Ania: Nie rozmawiają ze sobą.


***


Kwestia, dlaczego przyjechałyśmy tu razem, zamiast rozjechać się w przeciwne krańce Europy, pozostaje otwarta.



komentarze [9]
_____________________________



>

www.maldoror.pl

2005
sierpien (6)
wrzesień (4)
październik (1)
listopad (3)
grudzień (3)

2006
styczeń (2)
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (3)
maj (3)
czerwiec (1)
lipiec (1)
wrzesień (2)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2007
styczeń (1)
marzec (3)
kwiecień (1)
maj (2)
czerwiec (1)
sierpien (2)
październik (2)
listopad (1)
grudzień (1)

2008
styczeń (3)
luty (1)
marzec (2)
lipiec (3)
sierpien (1)










jesteś gościem