|
Głębia filozoficzna krawata, paska i spódniczki, czyli intelektualny bełkot pod hasłem dużej liczby trudnych słów. >>wtorek, 25 października 2005
Pojęcie stroju, kostiumu i ubioru w ujęciu filozoficznym oraz istota pasków na skarpetkach w sensie refleksyjno-historyczno-symbolicznym to jedne z najbardziej niepokojących wątków drążących bez ustanku moją poszukującą duszę od czasu zajęć z szanownym dr Stróżykiem (którego z tego miejsca pragnę serdecznie pozdrowić, mimo iż postawił mi na semestr tylko 4,5, tym samym pozwalając mi osiąść na laurach i zaniechać na egzaminach końcowych beznadziejnej skądinąd walki o stypendium naukowe).
Czy Wy, młodzieży mhroczna, młodzieży gotycka, pstrokata i lolicia, różowowłosa, standardy przełamująca, gorsząca i intrygująca, zastanawialiście się kiedykolwiek nad ukrytym, tkwiącym jako archetyp głęboko w ludzkiej podświadomości, przesłaniu każdej falbanki, każdej pieszczochy i każdego czepeczka, każdego różowego pasemka, każdego paska na skarpetce? Otóż, założę się, że nie. Nikt normalny tego nie robi.
Zatem. Po pierwsze, moja droga myśląca i poszukująca młodzieży, należy zdać sobie sprawę z faktu, że strój nie jest równoznaczny z ubiorem. Ubiór służy nam jako ochrona przed zimnem tudzież innymi negatywnymi czynnikami środowiskowymi, jak wiatr, deszcz, słońce i nadmiar libido u współpasażerów tramwaju. Strój natomiast to forma symboliczna, zbliżona do kostiumu, i jako taka musi być rozpatrywana w szerszym kontekście - wraz z fryzurą, makijażem, biżuterią, piercingiem, tatuażami, manicure i pedicure, a nawet perfumami, jako źródłami ludzkiej ekspresji. Na przykład, droga młodzieży, biały outfit, który Mandi miał na sobie na ostatnim gothic festiwalu, nie byłby tym, czym był, bez wyciętej na środku dziury eksponującej Aliena, mimo że Alien nie jest ubraniem tylko kolczykiem w pępku. Z przykładów bardziej książkowych: kwiat we włosach to ozdoba, wianek dziewiczy to już element stroju - niosący za sobą określone treści, dozwolony na określonych warunkach.
Strój jest nośnikiem treści głębokich i bezmiernych jak Ocean Spokojny, tak głębokich, że sam nosiciel niekoniecznie zdaje sobie sprawę z ich istnienia. Chodzi tu zarówno o kwestie ideowe, jak i normatywne, albowiem widzieć znaczy klasyfikować. Płci, wiekowi, stanowi, funkcji zawodowej, odpowiadają odpowiednie stroje. W średniowieczu każdy element stroju świadczył o pozycji społecznej i zasad tych przestrzegano do tego stopnia, że zdarzały się przypadki skazywania prostytutek na publiczne obcięcie futrzanego kołnierza, a Stanisław August Poniatowski musiał załatwić sobie lewe zaświadczenia od kilkunastu lekarzy, że nie wolno mu obcinać włosów ze względów zdrowotnych (fryzura narodowa Polaków, jak wiadomo, jest krótka, „na Sarmatę”, a królowi nie wypadało nosić się po zachodnioeuropejsku). Karmelici, sprowadzeni do Francji przez Ludwika Świętego, wywołali prawdziwy skandal tym, że nosili płaszcze w paski. Sprawa oparła się o papieża i skończyła się źle dla karmelitów. Paski bowiem, trzeba Wam wiedzieć, to najgorszy z możliwych symboli wykluczenia, oddzielenia, paski to tabu. Zgodnie z nakazem księgi Kapłańskiej, gdzie prorok natchniony słowo Boże spisał: quae ex duobus texta est, non indueris, nie będziesz nosił ubrania utkanego z dwóch rodzajów nici!
Tą drogą przechodzimy do punktu drugiego rozważań, pasków mianowicie. Po lekturze pasjonującej książki o pasjonującym tytule „Diabelska materia. Historia pasków i tkanin w paski” mogę pokusić się o interpretację zjawiska pasiastości, ukrytych za nią archetypów, toposów i alegorii.
Paski, moi drodzy, są najogólniej rzecz biorąc, złe. Wszak nie na darmo sobory w głębokim średniowieczu zabraniały nosić je duchownym. Judasz, Piłat, Żyd, heretyk, trędowaty, przedstawiani byli w średniowieczu w pasiastych strojach. W Sachsenspiegel, XIII-wiecznym zbiorze prawa saskiego, paski zarezerwowane są dla bękartów, skazańców, niewolników i służby. Jakkolwiek idiotyczne by się to nie wydawało, tak właśnie było, zresztą nienawiść do pasków daje się według autora książki wytłumaczyć, kiedy sięgniemy głęboko do ludzkiej podświadomości. Człowiek bowiem lubi klasyfikować rzeczywistość. Wszystko, co widzi, zostaje natychmiast zinterpretowane i przetworzone. Na przykład figury geometryczne - kwadrat to kwadrat, a koło to koło i już, kropka. Tymczasem każda figura pasiasta oszukuje, gdyż nie wiadomo, który jej element jest tłem, a który samą figurą, a każda jej część jest taka sama, jak całość. Paski budzą więc niepokój. W związku z tym, za mądrzejszymi ode mnie znawcami przedmiotu powtarzam - strach przed paskami jest głęboko zakorzeniony w ludzkiej podświadomości. Amen.
Paski były złe także w czasach nowożytnych. Wszak odziewano w nich więźniów. Czasem, z racji budzenia orientalnych skojarzeń, wrażenia obcości, przywdziewała się w nie arystokracja w czasie urządzonych z rozmachem role play games, kiedy to królowe lubiły grywać Turczynki.
Paski są złe również dziś, jako absolutne zaprzeczenie powagi, paski na skarpetkach są obrazą dla każdej szanującej się osoby poważnej oraz osoby mhrocznej, która może zniosłaby przeplatanie świętej głębi czerni z jakimś innym kolorem, ale nie w formie poziomych (jak wiadomo, to najgorszy z możliwych typów, pionowe od biedy jeszcze da się znieść) pasków. W połączeniu zatem z elementami jak najbardziej poważnymi bądź mhrocznymi, tworzą niespójną ideowo całość, załamują domniemane przesłanie tejże całości, będąc w ten sposób wizualnym manifestem wyłamania się z archetypów, jak i silnie splecionej z najgłębszymi elementami jestestwa ironii.
Tak samo niespójny ideowo obraz powstaje, kiedy przywdziewamy strój zbudowany z elementów przeznaczonych dla dwóch różnych płci. Kobieta w męskim stroju wzbudza zerową sensację. Mężczyzna w kobiecym - powiedzmy, że z trudem mieści się na liście pojmowalnych zagadnień, głównie jako zjawisko chorobowe. No, ale - mieści się. Gorzej jest z mieszankami. Krawat do sukni wieczorowej jest uznawany za ekstrawagancję, ale jako że jest to raczej ozdobnik, zostaje jakoś przełknięty, choć może niekoniecznie przez wszystkich i nie koniecznie w każdej sytuacji. A przecież sam krawat jest jak najbardziej okej, chodzi więc wyłącznie o kwestię zestawienia elementów. Ten sam problem (choć skala nieco inna) mają ludzie skądinąd przyjmujący do wiadomości istnienie transwestytyzmu, kiedy widzą faceta (nie-Szkota) w spódnicy, który nie próbuje przy tym udawać kobiety. Łatwiej byłoby zaakceptować takiego ze skarpetkami w staniku, uznać go za transa i jako takiego sklasyfikować, wpasowując w poukładaną rzeczywistość. Ale trudniej zrozumieć, trudniej w ogóle wpaść na pomysł, że można podkraść kobietom jeden element ubioru, a resztę pozostawić bez zmian, np. ubrać spódnicę do męskiej, pozbawionej zaszewek na biust i nie zasłaniającej sutków bluzki [vide: kiedy na dojiconie pojawiła się męska gothic lolita, pierwsze, co niektórzy zauważyli był brak stanika]. Czy facet w kiecce musi też mieć stanik i pantofelki? Ano, musi, proszę szanownej normalności, bo szanownej normalności łatwiej pojąć lustrzane odwrócenie znanego systemu (przebieranki K/M M/K) niż jego kompletne załamanie.
Zignorowanie wszystkich możliwych zasad jest gorsze niż ich złamanie, bo pozbawia ludzi punktu odniesienia, czyni przesłanie stroju niespójnym. Potrzeba niestety trochę inteligencji by pojąć, że sama niespójność jest przesłaniem.
Wracając do teorii ludzi mądrzejszych ode mnie - znawca tematu pan Żygulski napisał pewne zdanie, które bardzo rzuciło mi się w oczy: „Rzecz znamienna, że chłopak przebrany za dziewczynę pobudza do śmiechu, zaś dziewczyna przebrana za chłopca, prowokuje pikanterią”. Otóż, śmiem się z szanownym znawcą przedmiotu nie zgodzić. Nie żebym oskarżała tego pana o coś w rodzaju nietolerancji czy homofobii. Winna jestem przyznać, że wyrwałam powyższe zdanie z kontekstu, który był w gruncie rzeczy wyłącznie historyczny; napisane zostało ono zaraz po akapicie dotyczącym teatru nowożytnego (nie mylić z nowoczesnym). W takim ujęciu powyższa teoria ma sens, tzn. - kiedyś zapewne tak było. Historia jest jednak niczym, jeśli służy tylko przeszłości, nie zaś teraźniejszości, jak głosi powszechnie znany i lubiany Fredek Nietzsche. Historycy mają to do siebie, że często wiedzą wszystko o comedii dell'arte i teatrze wiktoriańskim, ale rzadko bywają w lokalach takich jak Pokusa. I tu wychodzi konieczność uzupełniania nauk teoretycznych empirycznymi - ja bowiem w Pokusie byłam, na les night w dodatku, i byłam świadkiem, jak cała obecna tam wówczas yuri team zgodnie stwierdzała, że najpikantniejszą kobietą w lokalu był facet (a dziewczyn w męskich strojach nie brakowało). To mężczyzna w kobiecym stroju prowokuje dziś pikanterią, nie odwrotnie. Mówię o dobrze dobranym stroju na dobrze wyglądającym facecie, nie o drag queen w stylu amerykańskiej komedii, rozmiar 48. Ślady tej tendencji można zresztą dostrzec w tzw. metroseksualizmie, ale zostawmy ten temat, jako że brzydzę się kulturą masową i, jak mawia mój tatuś, zajmuję się wyłącznie elementem marginalnym, czyt. zamiast przerabiać na jutrzejsze zajęcia „Pożytki i szkodliwości historii dla życia” autorstwa Nietzschego, piszę naukowy wywód o drag queen z poznańskiego klubu Pokusa. Element marginalny ma jednak to do siebie, że skupia w sobie jak w soczewce pewne idee i tendencje. W „Rozmowach w toku” był kiedyś temat, czy kobiety wolą mężczyzn metroseksualnych czy macho. Dyskusja nie doprowadziła do żadnego wniosku. Za to na temat faktu, że stadko dziewczyn w wieku nakazującym rozmnażanie ślini się na widok mężczyzny w spódniczce, dyskutować nie trzeba. Byłam. Widziałam. (Zaśliniłam.) Oczywiście znam też takie panny, które wydają na taki widok raczej dźwięki obrzydzenia, ale pikanteria ma właśnie to do siebie, że przełamuje pewne kanony i nie każdemu odpowiada.
Podsumowując ten nieszczególnie odkrywczy wywód, dodam jeszcze górnolotne stwierdzenie, że oto jesteśmy świadkami rewolucji. Nie jest to znowu nic szczególnie wyjątkowego - rewolucja dzieje się już bowiem od bardzo dawna i jest powszechnie ignorowana. Chodzi o przyjmowanie tych samych elementów stroju przez obie płcie. Do podziału strojów na męskie i żeńskie, czyli takie, które pozwalają odróżnić płeć właściciela, doszło podobno już w okresie paleolitu. Była to pierwsza i podstawowa informacja, jaką strój niósł, jak wiadomo, obecnie niesie ich o wiele więcej, od przynależności do klasy społecznej, po ulubiony zespół rockowy. Oznaczenie płci było jednakże sprawą prymarną, pierwotną, tym mniej należy się dziwić agresywnym reakcjom 70-letnich sąsiadek tudzież pań z pracy mojej mamy, na tych, co wywracają do góry nogami 8000 lat tradycji. I tym bardziej owo wywracanie jest zabawne.
komentarze [9] _____________________________
>
www.maldoror.pl
|